Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2017

Co przyniósł mi 2017 rok

Zaczęłam się ostatnio zastanawiać, skąd to moje umiłowanie do blogów i zdałam sobie sprawę, że zawsze interesowało mnie życie, jakie prowadzą inni ludzie. I nie chodzi tu o życie osób na świeczniku, celebrytów, polityków czy znanych aktorów, ale o tzw. "zwykłych" ludzi. Gdy mieszkając w akademiku na studiach (w drugiej połowie lat 90-tych, a więc w czasach, gdy ludzie nie dzielili się tak powszechnie swoim życiem w mediach społecznościowych, z prostego powodu, bo tych mediów jeszcze nie było :-), chodziłam na spacer po pobliskim osiedlu domków jednorodzinnych i próbowałam odgadnąć, co się w nich dzieje. Światło zapalone w pokoju na niskim parterze - w wynajętym pokoju student/studentka piszą sprawozdanie z ćwiczeń albo uczą się do  kolokwium; światło w kuchni lub salonie - rodzina gospodarzy je kolację czy ogląda wiadomości. Myślałam o tym, jakie mogą mieć te osoby radości i jakie zmartwienia i wydawało mi się to takie niesamowite, że każda osoba ma swoją historię, swój baga…

Ho ho ho

Chyba bardziej z obowiązku niż szczerej chęci wczoraj poszłam po pochowane pudła z ozdobami świątecznymi. Chłopiec skręcił choinkę i poodginał jej skulone, sztuczne, gałązki. Wspólnymi, męskimi siłami z Małżem ustroili choinkę ("a lampki to kiedy?"). Tu i ówdzie Chłopiec porozstawiał ozdoby: kule ze śniegiem, mikołaja na sankach, świeczki. W pudle zostało nam jeszcze wiele ozdób, może ich kolej na wystawienie przyjdzie w przyszłym roku. 
Prawie wszystko gotowe. Święta. Nie chcę magii, już w nią nie wierzę. Chcę świąt wesołych, zdrowych i w rodzinnym gronie. Chcę radości na twarzy dziecka, nie rozczarowania. Chcę żeby doceniał czas i zaangażowanie bliskich, a nie tylko dobra materialne. Jeśli jeszcze nie teraz, to chociaż w przyszłości. Robię co mogę, żeby tak było.
  Poza kilkoma włóczkowymi gwiazdkami (z których znakomitą większość rozdałam), nie robiłam żadnych nowych dekoracji. Piękną bombkę, według własnego pomysłu, i z moją bardzo niewielką pomocą, zrobił Chłopiec. St…

Kolejna spódnica z sukienki

- Ale jak to? - zapytacie - znowu? Czy ty nie lubisz sukienek i dlatego bezlitośnie je tniesz?
- Lubię - odpowiem i potwierdzą to koleżanki z pracy oraz mąż (-Nosi je bardzo często - powiedzą).


 Akurat z tą sukienką było tak, że mnie zachwyciła. Nie dałam się jednak ponieść fali zachwytu i nie pobiegałam do kasy, a zamiast tego udałam się spokojnie do przymierzalni. "Kurczę, pasuje. Jak na mnie. Idealna na wesele. Biorę" - tak mniej więcej przebiegał mój wewnętrzny dialog.


 Latem byłam na dwóch weselach i na żadnym nie zdecydowałam się wystąpić w tej sukience. Rant się wywijał, fiszbiny wbijały się nieco w żebra i czułam się w niej źle ubrana i blada. Cóż, bywa. Nadal jednak podobała mi się i myślałam o niej w kontekście jesienno-zimowych stylizacji (hehehe, wiem, że słowo "stylizacji" używam tu na wyrost ;-).
Szastu-prastu, nożyczki w ruch i z sukienki mam spódnicę.  I uwielbiam ją. Za kolor, wzór kwiatów na ciemnozielono-czarnym tle, formę, długość i kieszenie.


Podsumowanie wyzwania 10 x 10 jesień

Kolejny raz wzięłam udział w wyzwaniu zorganizowanym przez Dorotę z bloga KAMERALNA. W zabawie chodzi o to, żeby wybrać ze swojej szafy 10 rzeczy, w tym obuwie, i tworzyć z nich zestawy na kolejne 10 dni. Jak sobie poradziłam w edycji zimowej i wiosennej możecie zobaczyć TU i TU.
Tym razem wybrałam:
sweter od babci koszulę jeansową Onlyczerwoną bluzkę Stradivariuscienki sweterek Atmosphere  żakiet Top Secret spódnicę zrobioną z sukienkisukienkę Doroty Perkinsspodnie Medicinesztyblety Tamarislakierki Exbut

Ponieważ wyzwanie wystartowało w poniedziałek, pierwszych pięć zestawów to stroje do pracy.

Ze wszystkich tych zestawów byłam zadowolona i dobrze się w nich czułam.  Drugą piątkę zaczęłam w sobotę, a skończyłam w środę. I tu zaliczyłam porażkę zestawem 6. To była sobota, a ja wyjeżdżałam do "miasta", ale bez perspektywy zdejmowania płaszcza. Wiem, że to widać. Obiecuję solennie więcej tak tych rzeczy nie zestawiać.

Wyzwanie przypadło na ostatnie ciepłe dni października, …

W kratkę

Po kilku słonecznych dniach przyszły deszcze czyli pogoda w kratkę... Ale nie tylko pogoda, bo i rzecz, o której dziś opowiem.  A było to tak. Dawno temu, pewnie jakieś cztery miesiące nazad, zajrzałam do second handu, szybciutko, tak w przelocie,  i szybko też zakupiłam, jak mi się wtedy wydawało, sukienkę w kratkę. Spojrzałam na rozmiar na metce, przyłożyłam do siebie i stwierdziłam, że pasuje. Nie zniszczona, nie zmechacona, bez dziur, właściwie nowa. Po nałożeniu w domu, refleksja, że może jednak trochę przykrótka... No, ale przecież są sposoby! Ruszyłam więc na poszukiwanie taśmy, koronki, czegoś (?) do doszycia,  żeby ją wydłużyć. Wybór padł na bawełnianą koronkę, w kolorze żółtym, której kupiłam tyle, żeby wystarczyło na doszycie na dole i przy rękawach. Panie w pasmanterii poradziły, żeby przed przyszyciem koronkę wyprać. Wyprałam. Wyprasowałam. I przy prasowaniu, które nie jest moim ulubionym zajęciem, kolejna refleksja, że tą doszytą koronkę po każdym praniu trzeba będzie p…

Spódnica z sukienki

Gdzieś w okolicy czerwca zamarzyłam o plisowanej spódnicy. Czarnej, nie za długiej i nie za krótkiej. Zwiewnej i nie za drogiej. Wiem, to ostatnie to bardzo subiektywna kwestia. Nie byłam gotowa na wędrówki po galeriach miejskich i sklepach internetowych, gotowa byłam za to na nią trochę poczekać, bo wydała mi się ubiorem idealnym na jesień/zimę, i trochę się natrudzić. Tak, postanowiłam ją zrobić sama. Ale przecież nie od samego początku, nie, plisowanie materiału nie wchodziło w grę. Znalazłam prostsze rozwiązanie - znaleźć spódnicę lub sukienkę do przerobienia. O, na przykład taką. Koszt 11 złotych.
A potem zaczęła się zabawa: rozdzielenie wierzchniej, plisowanej części sukni od podszewki, przycięcie do odpowiedniej długości (o, to było trudne, materiał się przesuwał, marszczył i nie współpracował), i przyszycie do gumy (z odzysku, z tej spódnicy).   Efekt całkiem zadawalający. Pomijając fakt nadmiernej transparentności. Podszewka, która była z sukienką też wydawała mi się zbyt p…

Urok rzeczy robionych ręcznie

Kiedyś swetrów robionych ręcznie, wtedy przez moją Babcię, miałam dużo. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że stanowiły większość posiadanych przeze mnie.  Ostatni raz Babcia zrobiła dla mnie sweter jak byłam na II czy III roku studiów i mam go do dzisiaj. Chociaż go nie noszę, bo zrobił się jakiś przykrótki (inna teoria - wydłużyły mi się od roboty ręce ;-), to nie mogę się z nim rozstać i leży na półce. Sweter, który mam na sobie na zdjęciu dosłałam od Babci, ale mojego męża, jako półprodukt. Wszystkie części były zrobione, ale brakowało kawałka przodu i wykończenia. Nie jestem biegła w robieniu na drutach, więc samodzielne dokończenie swetra nie wchodziło w grę.... Na szczęście mam obeznaną w robótkach wszelakich dobrą koleżankę, która dokończyła dla mnie sweter Babci. Najczęściej noszę go na biały t-shirt z długim rękawem lub bluzkę z kołnierzykiem, bo włóczka jest trochę gryząca. Na blogu sweter pojawił się już kiedyś <<< KLIK >>>. W zestawie z tą spódnicą zadebiuto…